Rozczarowanie na dużym ekranie: "Pierwszy śnieg"

 
Miało być jak w dobrym thrillerze. Seryjny morderca i tropiący go policjant – as nad asy, ale z bagażem (różnych) doświadczeń. Zimny, przygnębiający krajobraz Skandynawii, którego widok sprawia, że człowiekowi samemu chce się sięgnąć po butelkę. Do tego świetna muzyka, misternie utkana intryga, inteligentne dialogi, wisielczy humor głównego bohatera, zapierające dech w piersiach cliffhangery i finał, który pozostawi nas z uczuciem niedowierzania na twarzy. Brzmi ciekawie? Super. Jednak zapewniam Was, że tego w tej produkcji nie znajdziecie.

O tym, że powstaje film na podstawie najpopularniejszej i tak, pozwolę sobie na to słowo, najlepszej (ok, na równi z Pragnieniem) powieści Jo Nesbø, było głośno już od zeszłego roku. Kiedy okazało się, że w rolę policjanta-degenerata Harry’ego Hole wcieli się Michael Fassbender, jęknęłam z rozczarowaniem. Kiedy zobaczyłam pierwszy trailer, pomyślałam, wow, to naprawdę może się udać. No cóż, powtórzę to jak mantrę, który to już raz… dałam się zwieść magii trailera.

Jako fanka twórczości Nesbø i przygód Harry’ego poprzeczkę dla tej produkcji ustawiłam bardzo wysoko. Jednak nie trzeba być ani fanem kryminałów norweskiego pisarza, ani tym bardziej znawcą kina, aby stwierdzić, że Pierwszy śnieg jest po prostu złym filmem. To widać gołym okiem, tak jak „subtelne” cięcia poszczególnych scen.

Powtarza się tutaj historia, którą znam już z Hipnotyzera. Bezmyślne w moim odczuciu przemieszanie scenariusza z treścią książki. Stąd w filmie ni z tego, ni z owego pojawiają się elementy, które owszem, w książce mają istotne znaczenie, jednak nijak się mają do fabuły filmu, która nieudolnie próbuje podążać własną ścieżką, ale co jakiś czas spogląda na to, co dzieje się w powieści.

Bohaterowie są papierowi. Nijacy. Nudni. I nie pomogły tutaj sławne nazwiska jak Michael Fassbender, Charlotte Gainsbourg czy J.K. Simmons. Główna postać, czyli Harry Hole został przedstawiony jako zwyczajny pijaczyna, który OCZYWIŚCIE jest genialnym śledczym, ale jak i dlaczego, tego już nikt nie wie. Na pewno nie świadczą o tym jego „wyczyny”, bo jeśli aby zostać genialnym śledczym potrzeba zrobić parę groźnych min, machnąć kilka razy pistoletem i powiedzieć nieśmieszny żart, to myślę, że fuchę mam już w kieszeni. Podobnie w przypadku jego przeciwnika, który tak stara się ukryć swoją tożsamość, że równie dobrze mógłby chodzić z naklejką TO JA. Taki to z niego wyrachowany i przebiegły psychopata. 
Budowanie napięcia też nie należy do mocnych stron tego filmu. W thrillerze powstałym w XXI wieku, którego akcja również toczy się w wieku XXI, kiedy ma wydarzyć się coś niebezpiecznego, pojawia się melodyjka rodem z kryminałów sprzed półwiecza. Serio, pytam się serio? To już muzyka z M jak miłość ma w sobie więcej grozy.

Niestety, z logiką tej produkcji także nie po drodze, co według mnie w przypadku kryminałów/thrillerów jest rzeczą nadrzędną. Najwyraźniej nie dla twórców tego dzieła, którzy zdają się tym zupełnie nie przejmować. Efekt końcowy jest taki, że Pierwszy śnieg zamiast stać się kolejną klasyką gatunku, stał się jego parodią.

Pozostaje zawieszone w powietrzu pytanie, gdzie w takim razie leży błąd, skoro Pierwszy śnieg to tak naprawdę gotowy materiał na scenariusz i komercyjny sukces? W końcu twórczość Nesbø nie jest jedyną, która została w ten sposób potraktowana, aby nie powiedzieć zbeszczeszczona. Pozostaje mi tylko czekać i mieć nadzieję, że pewnego dnia znajdzie się ktoś, kto będzie wiedział, w jaki sposób wykorzystać potencjał, jaki kryją w sobie skandynawskie kryminały, a ja z pełnym przekonaniem będę mogła w końcu napisać „człowieku, robisz to dobrze”.


źr. zdjęcia: filmweb.pl

Komentarze

Popularne posty